
Luca był sobie zwykłym, nie wyróżniającym się z tłumu chłopakiem, ani
specjalnie silnym, ani też zręcznym. Pochodził z zamożnej rodziny
kupieckiej, a ojciec widział w nim swojego następcę. Mało kogo
obchodziło, że dzieciak marzy o czymś zupełnie innym - chciał być herosem,
walczyć z wrogami i bronić przyjaciół. Takim był w snach - gdzie
przemieniał się w boga Asurę, walczącego o zjednoczenie podzielonego świata pod swoją władzą. Jego ukochaną była Innana, a wśród
sprzymierzeńców miał także smoczycę Vrtrę. Jego żywy miecz Durandal siał
spustoszenie na polach bitew. Oczywiście, sny snami, a na co dzień Luca
chodził do szkoły, gdzie był sukcesywnie wykorzystywany przez
"kolegów". Tak przynajmniej było do dnia, kiedy idąc uliczką wpadł na
rudowłosą dziewczynę, która była bardzo głodna. Nasza rudzielka o
charakterze adekwatnym do koloru włosów i nieco kowbojskim usposobieniu,
była nie tylko głodna, ale miała na głowie inne zmartwienia. Otóż
szukała jej lokalna straż pod wodzą niejakiej Mathias. Wiecznie ukrywać
się nie da, więc i straż w końcu dopadła ofiarę. Luca, wiedziony przeczuciem, poczuł się w
obowiązku być gentelmanem i bronić damy w opałach. Iria, bo tak miała na
imię nieznajoma, była niemniej zaskoczona niż strażnicy i sam Luca, gdy
nagle okazało się, że niepozorny chłopaczyna wywija wielkim mieczem
niczym najprawdziwszy wojownik. Czyżby marzenia okazały się czymś więcj?
Dla Luci to również był szok. Okazało się bowiem, że jest "Upadłym",
wcieleniem jednego z wielkich bogów dawnych lat, tych, którzy
doprowadzili świat na krawędź zniszczenia. Na dodatek, w jego wątłe
ciało wcielił się sam Asura, wódz jednej z dwóch armii toczących wojnę o
zjednoczenie Devalooki i Naraki. A skąd na to wpadł? Otóż Iria jest ni
mniej ni więcej tylko wcieleniem Inanny. Jakby tego było mało, wszyscy
Upadli są niejako z automatu poszukiwanymi przez władze przestępcami.
Oficjalnie chodzi o to, żeby odizolować ich od społeczeństwa, faktycznie
zaś poszczególne armie zmuszają ich do służenia w ich szeregach. Luce i
Irii udaje się uniknąć schwytania, a dodatkowo ratują Spadę, Upadłego
pochodzącego ze szlacheckiego rodu. Niedługo jednak przyjdzie im cieszyć
się wolnością oraz spokojem. Na świecie wokół nich wre bowiem
nieustanna wojna, zaś ich wyprawa, mająca na celu odzyskanie wspomnień z
dawnego życia, budzi zainteresowanie zbyt wielu sił. Do trójki
bohaterów dołączą kolejni, ale nie wszyscy będą mieli czyste intencje, a
burzliwe losy sprawią, że bohaterom przyjdzie skrzyżować miecze i
pistolety nie tylko z wrogami. Z tej historii nikt nie wyjdzie niewinny.
"Tales of Innocence" to dziewiąta odsłona cyklu "Tales..." i drugi tytuł
z tej serii obecny na konsoli Nintendo DS. Tytuł udany, trzeba
od razu dodać, choć niepozbawiony pewnych niedociągnięć. Przede
wszystkim "Tales of Innocence" wygląda bardziej jak gra na konsolę PS
2. W znikomym stopniu wykorzystano tu możliwości DS, cała kontrola
odbywa się przy pomocy "krzyżaka", stylus czy mikrofon nie mają to
właściwie zastosowania (stylusem możemy co najwyżej zmieniać rodzaj menu
wyświetlanego na dolnym ekranie). Gra z kolei w całości została
wykonana w efektownym i drobiazgowym 3D, które na niedużym ekraniku
konsoli przenośnej prezentuje się znakomicie, nie ustępując najlepszym
tytułom z PSX. Szkoda natomiast, że twórcy nie pokusili się od choćby
częściowe skorzystanie z tego, co pozostaje siłą DS. Obsługa menu byłaby
na pewno wygodniejsza, gdyby skorzystać z kontrolera dotykowego. Poza tym, ja zwyczajnie lubię, kiedy twórcy gier są kreatywni i wykorzystują to, co oferuje ta oryginalna konsola. Ileż miałam zabawy, dmuchając w żagle okrętu w Zeldzie czy krzycząc "Objection!" w Ace Attorney!
Bardzo spodobał mi się steampunkowy świat gry, a takiego zbyt często nie widujemy. Twórcy jrpg mają w większość dość konserwatywne, klasyczne podejście do światotworzenia. Nie ma tu mowy o
klasycznym fantasy, mamy bowiem działa, broń palną, statki parowe
(bocznokołowce) ale także i mechy napędzane energią magiczną. Trochę to
się kojarzy z "Final Fantasy VI", ale jeśli miałabym być szczera, to
istnieje inne uniwersum, z którego "Tales of Innocence" wydaje się
czerpać garściami. Mówię o "Exalted". Cała idea bohaterów jak żywo
przypomina mi tamten system RPG, łącznie ze stopniowym odzyskiwaniem
wspomnień. W grze cały czas przeplatają się wydarzenia z dawnych i
współczesnych czasów, zaś to, kim dana postać była w przeszłości, ma
niekiedy spory wpływ na jej zachowanie w teraźniejszości. Bo jak tu
walczyć z kimś, kto okazuje się wcieleniem dawnego krewnego lub
ukochanego danej postaci? Czy dawne intencje pozostają ważniejsze niż
obecne relacje? No i najważniejsze, kto naprawdę czego chciał w dawnych
czasach? To także zagwozdka dla gracza - czy warto rozwijać postać,
która nagle może okazać się wrogiem?
Plusem jest także znakomity system wzajemnych relacji w drużynie. Liczy
ona sześć postaci, a ich wzajemne stosunki określane są w skali
punktowej 1-1000. Dzięki odpowiednim decyzjom w trakcie rozmów a także
wzajemnemu wspieraniu się w trakcie walk, poziomy znajomości wzrastają,
czyniąc postacie sobie coraz bliższymi. Odbija się to na rozmowach.
Właśnie, bohaterowie gadają w zasadzie non stop. Dzięki tzw. "skitom"
czyli dodatkowym scenkom, doskonale poznajemy ich charaktery, gusta,
słabostki. Czyni to ich bardzo wiarygodnymi i żywymi, czymś więcej niż
tylko kilkoma cyferkami w statystykach. Gra tylko do pewnego stopnia
sugeruje to i owo, sporą dozę swobody pozostawiając graczowi. Dawno nie
widziałam gry, po ukończeniu której tak dobrze znałbym wszystkich
bohaterów - ze starszych gier przypomina mi to trochę serię Baldur's Gate. Na tym tle trochę blado wypadają postacie niezależne, po
prostu wiemy o nich wyraźnie mniej. Mimo tego Chien czy Chitose a nawet świr Hasta są wyraziści i zapadają w pamięć. Sprzyja temu także brak
dłużyzn, fabuła rozwija się równomiernie, nie ma tu scen, które można by
wyciąć bez straty na rozwoju historii.
Jeśli jednak ktoś będzie miał ochotę na przerwę, gra służy paroma
dodatkowymi opcjami. W każdym z miast jest gildia, w której możemy
przyjmować zadania. Tu przyczepiłabym się niewielkiej ich różnorodności - choć to pewnie dlatego, że Wiedźmin pod tym względem tak mnie rozbestwił.
Polegają one bowiem albo na zabiciu określonego potworka, albo stoczeniu pewnej liczby walk albo na znalezieniu jakiejś osoby. Wszystkie
odbywają się w lochach położonych koło miast. I tu jest ciekawie -
każdorazowo loch generowany jest od nowa, a jego rozmiar i typ
przeciwników zależą od skali trudności zadania. Trochę mi to przypomniało pierwsze gry z serii Ultima, czyli Akallabeth i Ultima 1, gdzie każdorazowo podziemia generowane były losowo zadania były nieco inne. Poza zadaniami, możemy
jeszcze zbierać przepisy kulinarne i składniki potraw, po czym bawić się
w "Cooking Lucę". Wreszcie, dzięki znajdowanym minerałom, możemy
rozbudowywać posiadane bronie. Warto temu wszystkiemu poświęcić trochę
uwagi, gdyż pomaga nam to rozwinąć postaci. A bez rozwoju, walki szły nam
będą ciężko. Rozgrywa się je w czasie rzeczywistym. Na polu bitwy mamy
trzy postaci, jedną sterujemy my, dwie pozostałe działają automatycznie
(w każdej chwili możemy zmienić postać, którą kierujemy). Starcia są bardzo szybkie - co odbieram pozytywnie, gdyż dzięki temu gra się nie
dłuży. Nawet te trudniejsze starcia z bossami nie trwają dłużej niż
kilka - kilkanaście minut. Przy konsoli przenośnej taki system to wielka
zaleta. Plusem jest to, że po walce doświadczenie dostaje cała drużyna.
Poziom trudności nazwałabym zrównoważonym. "Tales of Innocence" nie jest
grą banalnie łatwą (choć na początku tak się może wydawać), nie jest też
zabójczo ciężka jak niektóre tytuły od Atlusa. Uważać trzeba tylko na
zapis gry - możemy bowiem dokonać go tylko w gospodach i save pointach
(te zaś umieszczone są wyłącznie w lochach, zwykle w 2/3 drogi). O
zapisie gry na mapie świata, tak typowym dla wielu gier, tutaj trzeba zapomnieć. Z drugiej jednak strony, sama gra
jest bardzo liniowa, niejako mówi graczowi gdzie iść, mapa świata jest
zaś tak skonstruowana, że na zbyt dużą swobodę nie ma co liczyć. Dzięki
temu o zgubieniu się możecie zapomnieć (jedynie niektóre lochy mogą tu
sprawić trudność). To pewne rozczarowanie, bo wolę chyba gry, które nie traktują mnie jak idiotki i nie prowadzą za rączkę. Schemat wizyty w większości miast jest podobny.
Przybywamy, dowiadujemy się co i jak, odnajdujemy lokalną świątynię/loch
itd., przybywamy do celu, poznajemy kolejny urywek wspomnień, toczymy
walkę z bossem, idziemy dalej. Dotyczy to jakichś 60-70% miast
zwiedzanych w grze. Wyjątki, rzecz jasna, się zdarzają, ale raczej
rzadko. Ekonomia gry jest jedną z bardziej zrównoważonych jakie
widziałem w jRPG. Warto wspomnieć, że limit liczbowy każdego przedmiotu,
który nosimy, to 15. O taszczeniu za sobą 100 butelek leczniczych, 100
wskrzeszających i 100 antidotów, jak to się często robi w serii Final Fantasy, możecie zapomnieć. Z drugiej strony,
rodzajów przedmiotów jest sporo.
Graficznie gra wyciąga z DS chyba wszystko. Wspominałam już o bardzo
ładnie wykonanym 3D. Chociaż osobiście wolę gry wykonane w ładnym 2D, to grafika tutaj mnie kupiła. Postacie są dopracowane co do detalu, ich stroje są drobiazgowe, podobnie jak uzbrojenie, które zmienia się także na polu
walki. Opening i ending to typowe anime, całkiem eleganckie zresztą, a
towarzyszą im kapitalne piosenki autorstwa Kokii. Podczas ważniejszych
scenek bohaterowie mówią głosami, z których większość podłożona jest klimatycznie. Pewne zastrzeżenia miałabym chyba tylko do muzyki z samej gry - niektóre
kompozycje drażnią uszy, zaś tematy powtarzają się zbyt często. Ale to w
sumie detal, nie ujmujący miodności samej grze. Pod kątem grafiki i
muzyki "Tales of Innocence" stoi na bardzo wysokim miejscu, przebijając DSowe porty Final Fantasy czy Dragon Quest. A to chyba o czymś świadczy.
Nazwałabym tę grę jednym z najlepszych "klasycznych" jRPG, jakie ukazały
się na DS. "Tales of Innocence" trzyma się wiernie większości kanonów
gatunku, nie usiłuje ich zmieniać. Zachowało przy tym wszystkie
klasyczne elementy swojej serii. Jest przy tym bardzo grywalne, a nader
sympatyczne postaci sprawiają, że trudno się oderwać. Co ciekawe, gra
nigdy oficjalnie nie ukazała się po angielsku, a jej tłumaczenie jest
efektem dwuletniej pracy fanów z grupy Absolute Zero Translations.
Zrobili oni kawał dobrej roboty, dlatego polecam zapoznać się z tym
tytułem. Jestem pewna, że nie zawiedzie on żadnego fana serii
"Tales..." ani też po prostu dobrych, konsolowych gier RPG.